Forum Obywatelskiego Rozwoju

 

Rozmowa została opublikowana w Dzienniku Finansowym The Wall Street Journal Polska w dniu 5 maja 2009 roku.

DARIUSZ STYCZEK: Prognoza KE dla Polski -1,4 proc. PKB w tym roku, co to oznacza dla przeciętnego Polaka?
DR ANDRZEJ RZOŃCA Z FUNDACJI FOR:
Nic strasznego. Polska nie składa się z przeciętnych Polaków – koszty recesji nie rozłożą się równomiernie na wszystkich. Większość z nas nie straci niczego, ale część – może stracić wszystko.

Rząd mówił, że unikniemy recesji. Czy sytuacja tak raptownie się pogarsza?
Z prognozy Komisji nie wynika, że polska gospodarka nagle stała się mniej odporna na kryzys na świecie niż wcześniej. Według Komisji nadal poradzimy sobie z nim znacznie lepiej niż 23 spośród 27 państw UE, w tym lepiej niż wszystkie kraje naszego regionu. Recesja u nas ma być wynikiem znacznie bardziej dramatycznej sytuacji u naszych partnerów handlowych niż wcześniej przewidywano. Np. gospodarka Niemiec, do których trafia 1/3 polskiego eksportu, ma się skurczyć aż o 6 proc.

Która grupa społeczna czy zawodowa zacznie pierwsza odczuwać oznaki recesji?
Pracownicy o najniższych kwalifikacjach, których wynagrodzenie jest niewiele wyższe od płacy minimalnej. Jeżeli przedsiębiorca zatrudnia takie osoby, to z jednej strony nie ma większych możliwości zredukowania kosztów pracy poprzez solidarne obniżenie pensji całej załodze – prawo zabrania mu zatrudniania za pensję niższą od płacy minimalnej. Jedyne co może zrobić, to obniżyć wynagrodzenie części osób do zera, czyli zwolnić. Z drugiej strony pracę osoby o niskich kwalifikacjach łatwo zastąpić.

Bezrobocie będzie wyższe od wcześniejszych prognoz, które mówiły o poziomie powyżej 13 proc.?
Jeśli nasza gospodarka zacznie się rzeczywiście kurczyć, to bezrobocie może być wyższe od tych 13 proc. Przedsiębiorstwa będą miały mniej zamówień, a więc i ich zapotrzebowanie na pracę się zmniejszy. Wzrost bezrobocia mógłby być mniejszy, gdyby firmy miały większe możliwości obniżania pensji pracownikom. Wtedy przynajmniej część z tych przedsiębiorstw, które oceniają swoje problemy jako przejściowe, zamiast zwalniać część załogi, zdecydowałaby się redukować koszty pracy poprzez umiarkowane obniżenie wynagrodzeń wszystkim zatrudnionym. Ale w dwu ostatnich latach możliwości takiego redukowania kosztów zostały zawężone. Na skutek podniesienia płacy minimalnej już co 25 pracownik pobiera wynagrodzenie w takiej wysokości.

Co oznacza, że deficyt budżetowy sięgnie nawet 6,6 proc.? W jaki sposób możemy to odczuć na własnej skórze?
Przeciętny Polak jest w coraz większym stopniu uzależniony od kredytu, a po drugie płaci podatki. Deficyt oznacza, że część wydatków państwa nie ma pokrycia w jego dochodach i aby je sfinansować, państwo musi się zapożyczać. Im więcej pożyczek zaciąga, tym trudniej o kredyty gospodarstwom domowym i firmom. Ale państwo też kiedyś musi spłacić swoje długi lub przynajmniej opłacać od nich odsetki. Większy deficyt dziś oznacza więc nie tylko trudniejszy dostęp do kredytu, ale i wyższe podatki w przyszłości. W tym czasie informacje o pogłębiającym się deficycie zwiększą zapewne wahania kursu złotego. Przeciętny Polak będzie więc pełen obaw, ile przyjdzie mu zapłacić za kredyty, które w przeszłości zaciągnął w walutach obcych.

Czy będą cięcia w wydatkach? Zabraknie pieniędzy na np. emerytury, wypłaty dla urzędników?
Szczęśliwie przewidywany wzrost deficytu nie jest spowodowany wynikiem rozrzutności tego rządu – wbrew nawoływaniom opozycji zachował wstrzemięźliwość w zwiększaniu wydatków budżetu. Deficyt wzrośnie na skutek działania tzw. automatycznych stabilizatorów. Wraz z kurczeniem się gospodarki spadają zyski firm, a więc i dochody państwa z podatku dochodowego od przedsiębiorstw, zmniejsza się zatrudnienie i wolniej rosną płace, a więc i dochody budżetu z PIT oraz składek na ubezpieczenie społeczne. Mniej konsumujemy, a więc i dochody państwa z podatków pośrednich się kurczą itd. Każdy punkt procentowy spadku tempa wzrostu PKB oznacza wzrost deficytu o 0,4 – 0,5 proc. PKB. Ale automatyczne stabilizatory, które w recesji pogłębiają deficyt, w okresie dobrej koniunktury mniej więcej tak samo go ograniczają. Wzrost deficytu powinien więc być przejściowy. Na emerytury i wypłaty dla urzędników pieniędzy nie zabraknie. Nieszczęśliwie w okresie dobrej koniunktury poprzedni rząd zamiast ograniczyć deficyt rozdysponował większość przejściowo wysokich dochodów. W 2006 r. przy wzroście o ponad 6 proc. deficyt wyniósł niemal 4 proc. PKB. Tak wysoki w punkcie startu może zmusić rząd do podwyżek podatków lub składek oraz do cięć w wydatkach, bo bez tych działań automatyczne stabilizatory podbyą deficyt do bardzo ryzykownych poziomów – właśnie 6 – 7 proc. PKB. Bez poparcia opozycji pod nóż pójdą głównie inwestycje, bo o ich wysokości decyduje ustawa budżetowa, której prezydent zgodnie z Konstytucją nie może zawetować.

Gorsza sytuacja odciśnie piętno na poziomie życia Polaków.
Kryzys może posłużyć wprowadzaniu albo reform wzmacniających fundamenty gospodarki, albo kolejnych przywilejów. Na razie – widać to chociażby po zawartości tzw. paktu antykryzysowego forsowanego przez związkowców i przemysłowców – bardziej prawdopodobny jest ten drugi scenariusz. Jeżeli się zrealizuje, wtedy nasza gospodarka będzie na trwałe wolniej się rozwijać, a to oznacza wolniejsze tempo poprawy poziomu życia Polaków. Kryzys to czas, który może posłużyć albo przeprowadzaniu reform wzmacniających fundamenty gospodarki, albo wprowadzeniu kolejnych przywilejów